FIVB: Matej Kazijski: Reprezentacja to zamknięty rozdział.

Matej Kazijski, który w czerwcu 2012 roku zrezygnował z gry w reprezentacji Bułgarii w ostatnim czasie potwierdził, że nigdy więcej nie wystąpi w drużynie narodowej!

– Dla mnie to jest całkowicie zamknięty rozdział. Nie ma na ten temat już żadnych dyskusji. Z pewnością nie wrócę do drużyny narodowej. Oczywiście tęsknie za grą w jej barwach, ale mam swoje zasady, swoje przekonania, w które wierzę i będę się ich mocno trzymał – powiedział Matej Kazijski w wywiadzie dla serwisu plusliga.pl.

Znakomity bułgarski przyjmujący zrezygnował z gry w kadrze 1 czerwca 2012 r. po tym, jak drużyna wywalczyła awans na igrzyska olimpijskie w Londynie. Wraz z nim odszedł trener Radostin Stojczew. Cała sytuacja związana była z zamieszaniem w Bułgarskim Związku Piłki Siatkowej, złym zarządzaniem środkami finansowymi i niewywiązywaniem się przez federację ze zobowiązań wobec trenerów i zawodników.

Obecnie, były reprezentant kraju, wraz ze szkoleniowcem próbują odbudować dawną potęgę włoskiego klubu Trentino Volley, w którym spędzili sześć z ostatnich siedmiu sezonów. – Przyzwyczaiłem się do jego stylu prowadzenia zespołu, odpowiada mi. Pracujemy już razem 10 lat, więc to naprawdę szmat czasu. Wróciliśmy do Trento w jednym celu: chcemy odbudować drużynę i pomóc jej powrócić do czasów świetności sprzed paru sezonów. Mam nadzieję, że to nam się uda już w tym roku. Idzie nam dobrze, ale może być jeszcze lepiej – przyznał brązowy medalista mistrzostw świata z 2006 roku.

PlusLiga: Roberto Santilli: Początkowo odmówiłem klubowi z Będzina

Włoski trener szczerze przyznał, że początki jego pracy w MKS-ie Banimeksie Będzin są wyjątkowo trudne. – Chcę pomóc temu młodemu klubowi – zadeklarował.

Spotkanie MKS-u Banimeksu Będzin zLotosem Treflem Gdańsk było dość przygnębiającym widowiskiem. Włodarzom zagłębiowskiego klubu nie udało się uzyskać pozwolenia na organizację imprezy masowej w dąbrowskiej hali „Centrum” (gdzie rozgrywano mecz z powodu niedostępności sosnowieckiego obiektu na ul. Żeromskiego), dlatego na trybunach zasiadło zaledwie 280 widzów. Ci zaś zobaczyli, jak podopieczni Andrei Anastasiego w nieco ponad godzinę wybijają rywalom z głów marzenia o zdobyciu choćby dwudziestu punktów w jednym secie. – Moi zawodnicy nie pokazali właściwie niczego, ani woli walki, ani chęci zwycięstwa, choćby przełamania się po przegranych. Jestem tym absolutnie zaskoczony. Żaden trening nie przyniesie efektów, jeżeli w ślad za nim nie pójdzie umysł. Jeżeli moi zawodnicy nie są w stanie zmienić swojego nastawienia do kolejnych spotkań, to nie mamy szans. Pokazaliśmy „bullshit” i to mnie przygnębia – powiedział szczerze Roberto Santilli, od niedawna kierujący zespołem MKS-u Banimexu.

Włoch doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że drużyna, który obejmuje, nie jest ligowym potentatem jak Jastrzębski Węgiel, którym kierował w latach 2007-2010. – Dlaczego objąłem ten klub? Nie ukrywam, że zostałem do tego zmuszony przez różne okoliczności: początkowo odmówiłem ofercie z Polski, ponieważ byłem zaangażowany w inne projekty w swoim kraju, ale otrzymałem sygnał, że mogę spokojnie szukać pracy w Polsce. Początkowo ustalenia były takie, że mam objąć drużynę w nowym sezonie, jednak obecna sytuacja sprawiła, że stało się inaczej. Moim zadaniem jest opanowanie sytuacji i uporządkowanie gry po serii porażek, ale już teraz wiem, że będzie to szalenie trudne. Na razie mi się to nie udało, co było widać w tym meczu – przyznał szczerze szkoleniowiec.

Ostatnio los nie był zbyt łaskawy dla 50-letniego trenera: po trzech latach pracy w Iskrze Odincowo musiał opuścić Rosję z powodu fatalnej sytuacji finansowej klubu, a w Andreoli Latina przepracował zaledwie pół roku. Objęcie „czerwonej latarni” PlusLigi mogłoby być pierwszym przystankiem dla Włocha w powrocie do trenerskiego topu. – Polska to dla mnie druga ojczyzna, uwielbiam ten kraj i będę to zawsze podkreślać. Ale podejmując decyzję o ponownym zatrudnieniu u was, nie obchodziła mnie kwestia własnej kariery. Zostałem poproszony o pomoc w trudnej sytuacji młodemu, rozwijającemu się klubowi i zgodziłem się na to. Jednak nie ukrywam, że póki co jest to niezwykle trudne zadanie. Brakuje odpowiedniego nastawienia do pracy i jeżeli będziemy podchodzić do kolejnych meczów tak, jak do starcia z Lotosem Trefl Gdańsk, wygrywanie będzie niemożliwe – powiedział Santilli.

– Zauważam ogromny postęp, widać to zwłaszcza w organizacji samej ligi i klubów, jak i liczbie drużyn, które grają teraz w PlusLidze. Za moich czasów w Jastrzębiu grało w niej dziesięć klubów, teraz na najwyższym poziomie rywalizuje czternaście zespołów. Coraz więcej czołowych graczy oraz trenerów przyjeżdża do Polski… poza tym jesteście teraz mistrzami świata. Czego chcieć więcej? – odpowiedział z uśmiechem Włoch na pytanie o największe zmiany, jakie zauważył w polskiej siatkówce po czterech latach od opuszczenia naszego kraju.

Młoda Liga Kobiet: Czy Atomówki potwierdzą medalowe aspiracje?

clip_image001

Po niezwykle udanej fazie grupowej, zawodniczki PGE Atomu Trefla Sopot, przystąpią do fazy finałowej w roli faworyta do medalu. Pierwsze spotkanie rozegrają z Impelem Wrocław. Wrocławianki zagoszczą w Malborku w niedzielę 18 stycznia o 17:00.

Atomówki fazę finałową rozpoczynają dopiero od 2. kolejki, ze względu na przerwę w rozgrywkach spowodowaną zgrupowaniem reprezentacji Polski. Powołanie do kadry otrzymało aż 6 naszych zawodniczek (Dominika Mras, Magdalena Damaske, Klaudia Kulig, Julia Piotrowska i Dominika Mikołajewska do narodowej kadry juniorek oraz Martyna Łukasik do kadry kadetek).
Trzy pierwsze w ubiegły weekend wzięły udział w turnieju kwalifikacyjnym do mistrzostw świata, gdzie wygrały wszystkie mecze w trzech setach. Mecz z Wrocławiem będzie zatem pierwszym sprawdzianem dla podopiecznych Piotra Mateli po długiej przerwie. Sopocianki jednak są faworytkami tego spotkania. Impel  w swoim składzie również posiada kadrowiczki, jednak seniorskiej reprezentacji – Anna Grejman i Agnieszka Kąkolewska. Dodatkowo w przerwie świątecznej Impel wygrał turniej sylwestrowy, który odbył się w Luboniu. Wrocławianki są zatem w rytmie meczowym, co znacząco może wpłynąć na ich postawę boiskową.
Czy Młode Atomówki powtórzą sukces pierwszej drużyny i na własnym parkiecie pewnie pokonają Impel Wrocław? Czy podtrzymają zwycięską passę? Czy kolejnym meczem udowodnią swoje medalowe aspiracje? Na te pytania odpowie niedzielne spotkanie.

ORLEN Liga: Kontrola zdrowia na meczu w Łodzi

Siatkarki Budowlanych Łódź w piątek w Atlas Arenie zmierzą się z KSZO Ostrowiec Świętokrzyski. Dla kibiców ten mecz ekstraklasy będzie okazją nie tylko do przeżycia emocji sportowych, ale również do zbadania stanu swojego zdrowia.

– Każdy kto kupi bilet na to spotkanie będzie mógł na specjalnym stanowisku medycznym zbadać bezpłatnie swój poziom cukru i ciśnienia – poinformował prezes łódzkiego klubu Marcin Chudzik.
Akcję propagującą badania kontrolujące stan zdrowia w Atlas Arenie przeprowadzą wspólnie wolontariusze fundacji „Krwinka” oraz studenci Uniwersytetu Medycznego.
Mecz Budowlanych z KSZO rozpocznie się w piątek o g. 18. Po 15 spotkaniach łodzianki zajmują siódme miejsce w tabeli (18 punktów). Zespół z Ostrowca jest dziewiąty (10), ale rozegrał jeden mecz mniej od piątkowych rywalek.

1 Liga Kobiet: Los Zawiszy Sulechów po sezonie wisi na włosku

Czarne chmury nadciągają nad Roltex Zawiszę Sulechów. Miasto obcięło dotację żeńskiemu klubowi z Sulechowa. Jeśli nie znajdą się sponsorzy, klub nie tylko nie awansuje, ale zniknie ze sportowej mapy. Czy siatkarki znajdą motywację na ostatnie mecze tego sezonu?

Lider I ligi kobiet miał dostać 950 tysięcy na rok, z czego pół miliona miało wpłynąć do klubowej kasy jeszcze na wiosnę. Tymczasem zgodnie z nowym planem finansowym, „klepniętym” przez nową radę, klub dostanie tylko 450 tysięcy złotych, które wystarczą jedynie do zakończenia trwającego sezonu. – Społeczność naszej gminy nie stać na takie wydatki. Musimy szukać oszczędności. To nie jest mój kaprys, jakieś widzimisię. Po prostu musimy urealnić nasze działania – argumentuje burmistrz Sulechowa Ignacy Odważny.

Mocne cięcia budżetowe bulwersują środowisko sportowe. W kuluarach mówi się, że one nie tylko zranią Zawiszę, ale całkowicie ją zabiją. Prezes Rolteksu Krzysztof Koniuszy uważa, że klub co prawda dogra do końca tego sezonu, ale co będzie potem, to jedna wielka niewiadoma. – Trzeba się mocno zastanowić, czy w ogóle ciągnąć to dalej – Koniuszy nie kryje rozgoryczenia. – Włożyłem w funkcjonowanie klubu już wiele swoich pieniędzy. Pojawia się pytanie, czy to jeszcze ma sens. Jestem przekonany, że zawodniczki zaczną sobie szukać nowych klubów, nie mając u nas żadnych perspektyw. Przecież nawet jeżeli osiągną sukces, to on nic im nie da.

Dyrektor klubu Michał Pannert zapewnia, że zarząd i trenerzy zrobią wszystko, żeby odpowiednio zmotywować siatkarki do jak najlepszych występów. – Cóż innego nam pozostaje. Pieniądze, które dostaniemy, wystarczą nam do kwietnia. Trudno będzie dziewczyny przekonać do dobrej gry, ale na pewno to zrobimy. Przecież wychodzą na parkiet także dla kibiców no i siebie – przekonuje. Zarówno Koniuszy jak i Pannert są zgodni. – Mamy produkt krajowy, chcieliśmy zrobić eksportowy – mówią jednogłośnie.

PlusLiga: Daniel Pliński: Jedziemy pokazać twardą walkę

clip_image001

– W siatkówce takich klubów jest niewiele! Sportowo to europejska, ścisła czołówka. Skra jest tradycją, uznaną marką. Ma medale imprez najwyższej rangi. W Bełchatowie mam wielu przyjaciół – mówi były gracz Skry, a obecnie środkowy Czarnych Radom, Daniel Pliński.

Mecz ze Skrą będzie wyjątkowy?

Daniel Pliński: – Siedem lat broniłem barw Skry. Jako gracz Bełchatowa zdobyłem niezliczoną ilość medali, pucharów. Odniosłem wiele wspaniałych sukcesów Tak, dla mnie będzie to mecz wyjątkowy. Z kilku względów. Wracam do przeszłości, do najpiękniejszego okresu w moim sportowym życiu. Wchodząc do hali, znów poczuję jej zapach. Będę w szatni gości, ale poczuję zapach szatni gospodarzy Mam nadzieję, że kibice nie będą na mnie gwizdać (śmiech).

Podczas meczu kumplostwa raczej nie będzie?

– Ależ pytanie! Jedziemy pokazać twardą walkę. Pokąsać rywali jak tylko można. Przegraliśmy ostatnio z Lubinem, ale forma idzie w górę. Wcale nie stoimy na straconej pozycji. Przecież w pierwszej rundzie, w Radomiu mieliśmy Bełchatów na widelcu. Prowadziliśmy 2:1 w setach. Niestety, w czwartej partii, przy stanie 5:5 odebraliśmy autową zagrywkę. No i Nicolas Marechl złapał wiatr w żagle, porozstawiał nas po kątach. Nim się ocknęliśmy z letargu było 5:11. W piątej partii nie byliśmy w stanie nic zrobić. Oj, powalczymy mocno w sobotę.

Tym bardziej, że mistrzowie Polski u siebie prezentują huśtawkę formy

– W tym nasza nadzieja. Skra przegrała na własnych śmieciach z Banimeksem Będzin 1:3. Męczyła się niemiłosiernie z innym beniaminkiem – Cuprum Lubin. Jeśli uda się nieco uśpić rywala – możemy sprawić sensację. O, to byłaby prawdziwa klapa dla moich byłych kolegów. My, zdobywając punkty odskoczymy goniącej nas Politechnice Warszawa.

PlusLiga: Ryszard Bosek: W sporcie wszystko może się zdarzyć

clip_image001

– W sporcie wszystko może się zdarzyć, ale prawda jest taka, że jeżeli możemy z kimś wygrać, to właśnie z takimi zespołami jak Będzin, Bielsko czy Olsztyn. W Gdańsku będziemy chcieli budować morale – mówi o drużynie AZS Częstochowa Ryszard Bosek.

Czy na tym, co drużyna pokazała w Bydgoszczy, można budować optymizm przed kolejnymi występami, także przed niedzielnym w Gdańsku, gdzie zmierzycie się z rewelacją rozgrywek Lotosem Treflem?

Ryszard Bosek: – Doprowadzenie do tego, żeby poziom grania drużyny w domu dorównywał temu na wyjeździe, to jest nasze zdanie. Tutaj szukamy rozwiązania, bo zawodnicy, bardzo chcąc, najwyraźniej spalają się nerwowo. Dotychczas we wszystkich meczach na wyjazdach, może poza tym w Radomiu, prezentowaliśmy się lepiej niż u siebie. Coś w tym jest i coś musimy z tym zrobić. Na występie w Bydgoszczy na pewno możemy budować jakiś optymizm. Z wyjątkiem pierwszego seta graliśmy tam dobrze. Po tym początku myśleliśmy, że znowu będzie dramat, ale zespół potrafił się odbudować i podjąć walkę. Doszliśmy do takiego poziomu, że rywale musieli się trochę namęczyć, żeby z nami wygrać. Żeby ich pokonać i się odblokować, zabrakło małego przecinka. Inna sprawa, że trzeciego seta rozstrzygnął im Cupković zagrywkami a la Wlazły. Z przyjęciem takich serwisów miałaby problemy większość najlepszych przyjmujących.

Odkąd drużynę przejął Michał Bąkiewicz, zasiada pan na ławce rezerwowych. Tak chciał nowy trener czy pan nie wytrzymał siedzenia za reklamową bandą?

– Zmiana była nagła, więc ustaliliśmy, że będę siedział na ławce. Ponoć jak Michał na mnie zerka i widzi takiego starego dziadka, to łagodnieje (śmiech). Muszę przyznać, że Michał zachowuje się jak doświadczony trener, wbrew temu, co wszyscy mówią, decyzje, które podejmuje, są jego, a nie moje. Ja nie interweniuję, a on, gdy czuje potrzebę, ze mną się tylko konsultuje. Michał potrafi wykorzystać boiskowe doświadczenie. Prowadzi zespół na najwyższym poziomie. To nie jest żaden komplement, stwierdzam fakt.

W pierwszym meczu trener Bąkiewicz najwyraźniej nie łagodniał, zerkając na dziadka Boska. Skończył mecz z czerwoną i żółtą kartką…

– Podczas meczu w Bydgoszczy Heynen (Vital Heynen, trener Transferu – przyp. red.) biegał, interweniował, wychodził poza linię strefy, generalnie zachowywał się dramatycznie, a kartki nie dostał. Michał za pokazanie sędziemu skierowanego do góry kciuka otrzymał czerwoną i upomnienie z ligi. Mówię oficjalnie, że to jest niesprawiedliwe. Wygląda na to, że są trenerzy, którym wolno, i tacy, którym nie wolno.

W niedzielę mecz z bardzo silnym Lotosem, a potem powinno być łatwiej, bo zagracie u siebie z Banimeksem Będzin i BBTS-em Bielsko-Biała. Powinno, chociaż wcześniejsze mecze pokazały, że może być różnie…

– Przed takimi meczami robimy sobie ogromne nadzieje, nie chcielibyśmy sobie spalić ogona i ich przegrać. W sporcie wszystko może się zdarzyć, ale prawda jest taka, że jeżeli możemy z kimś wygrać, to właśnie z takimi zespołami jak Będzin, Bielsko czy Olsztyn, który ostatnio prezentuje się bardzo dobrze. W Gdańsku będziemy chcieli budować morale, które potem pomoże nam skutecznie grać z Będzinem i Bielskiem. Z Lotosem na pewno można podjąć walkę, pytanie jednak, czy będzie nas na to stać. Dużo zależało będzie od zagrywki, która do tej pory była dość słabym elementem naszego grania. W Bydgoszczy było lepiej, wygrać się nie udało, ale inne były wyniki w setach.

CEV: Anna Werblińska: Jestem dumna ze swojego zespołu

clip_image001

– Naprawdę brak mi słów, aby powiedzieć, jak się teraz czuję, jaka jestem szczęśliwa, że wygrałyśmy z takim zespołem, jak Dinamo  – powiedziała po wczorajszym sukcesie w Lidze Mistrzyń kapitan Chemika Police, Anna Werblińska.

To był naprawdę bardzo dobry mecz w waszym wykonaniu, można powiedzieć, że poza pierwszym setem zagrałyście wręcz koncertowo.

Anna Werblińska: – Może nie koncertowo, bo gdyby obejrzeć ten mecz na spokojnie, to na pewno doszukałybyśmy się mnóstwa mankamentów. Przede wszystkim jednak pokazałyśmy zespołowość, zagrałyśmy jako drużyna. Można powiedzieć, że ta przegrana w Dąbrowie Górniczej, to był wypadek przy pracy, a porażka jest elementem sukcesu. Naprawdę brak mi słów, aby powiedzieć, jak się teraz czuję, jaka jestem szczęśliwa, że wygrałyśmy z takim zespołem, jak Dinamo. Ekipa z Kazania tak naprawdę wojuje Europę, wojuje w świecie. Pewnie będę się powtarzała, ale dziękuję też wspaniałej publiczności, która nas swoim dopingiem mocno uskrzydliła. Wierzę, że będzie ona przychodzić nie tylko na takie mecze, jak ten środowy, ale spodoba się to tym, którzy byli pierwszy raz i będą przychodzić też na nasze ligowe mecze.

To fantastyczne zwycięsto daje wam już niemal pewny awans do kolejnej fazy Champions League…

– Nie wiem, czy stuprocentowy, my nie będziemy kalkulowały. Takie kalkulacje nic nie dają, będziemy walczyć jeszcze z Agelem Prostejov i Rabitą Baku. W obu meczach będziemy grały o zwycięstwo. Teraz jeszcze jednak będziemy się cieszyły, a od czwartku już koncentrujemy się już na kolejnym, tym razem ligowym spotkaniu.

Pierwszy set środowego pojedynku był bardzo nerwowy w waszym wykonaniu. Z czego to wynikało?

– Naprawdę ciężko mi powiedzieć. Dziewczyny z Kazania naprawdę dobrze zagrały w tym secie. My chyba nawet tak lubimy, źle zaczynać, a potem dobrze kończyć (śmiech). Jest nawet takie przysłowie – nie ważne, jak się zaczyna, ale ważne jak się kończy. Nie wyszedł nam ten pierwszy set i ważne, że jako zespół potrafiłyśmy się podnieść i ten set nie spowodował w nas jakiegoś zniechęcenia. Bardzo się z tego cieszę i na pewno jestem dumna ze swojej drużyny.

Czytałam wypowiedź, że przez ostatnie dni pracowałyście tak, żeby ten szczyt formy przyszedł właśnie w środę

– To teraz już wiem, dlaczego przegrałyśmy w Dąbrowie Górniczej (śmiech). Oczywiście żartuję Czy szczyt formy… wiadomo, że każda z nas na pewno doszukałaby się jakiś mankamentów w swojej grze, w niektórych sytuacjach mogła zagrać lepiej, ale to są ułamki sekundy. W Dinamie Kazań są też zawodniczki, które mają imponujący wzrost i przy takim bloku ciężko jest tą piłkę umieścić w boisku. Teraz nie ważne jest to, w jakim stylu wygrałyśmy, liczy się wynik.

Już w sobotę kolejny raz zagracie w Azoty Arenie, rywalem będzie zespół z Bielska-Białej. Ciężko będzie się zmobilizować po takim meczu, jak ten środowy?

– Ciężko by było, gdybyśmy grały następnego dnia. W środę jeszcze będziemy się cieszyły, może nie świętować, bo następnego dnia jest trening. Musimy jednak mieć chłodne głowy, BKS Aluprof to nie jest rywal do bicia i na pewno musimy być tak skoncentrowane, jak byłyśmy podczas meczu z Dinamem.

CEV: Ważne zwycięstwo ZAKSY

clip_image001

ZAKSA Kędzierzyn-Koźle pokonała Arkas Izmir 3:0 (25:23, 27:25, 25:17) w pierwszym meczu 1/4 Pucharu CEV. Rewanżowe spotkanie zostanie rozegrane 22 stycznia w Turcji.

Kędzierzynianie ćwierćfinałowe spotkanie w Pucharze CEV rozpoczęli w dość zmienionym składzie. W wyjściowej szóstce zabrało m.in. Dominika Witczaka, Michała Ruciaka i Pawła Zatorskiego. Miejsce tego ostatniego zajął Korneliusz Banach, który do tej pory reprezentował barwy ZAKSY w rozgrywkach Młodej Ligi. Początek premierowej odsłony meczu był wyrównany. Chwilę przed przerwą techniczną na prowadzenie wyszła drużyna z Izmiru, a to za sprawą świetnych zagrywek Gavina Schmitta (8:6). W dalszej części spotkania żadnej z drużyn nie udało się wypracować bezpiecznej przewagi punktowej. Na drugiej pauzie jeden punkt przewagi wypracowali zawodnicy Arkasu. Po wznowieniu gry inicjatywę na parkiecie przejęli podopieczni Sebastiana Świderskiego (18:16). Z kolei goście zaczęli popełniać proste błędy w ataku. Ostatni punkt na wagę zwycięstwa w tej odsłonie meczu zdobył Kay Van Dijk, atakując skutecznie z prawego skrzydła (25:23).
Set numer dwa nie zaczął się dobrze dla gospodarzy, bowiem zespół gości utrzymywał wysoką skuteczność w ataku oraz kontrataku. Do tego w polu serwisowym świetnie spisywał się Hakki Capkinoglu. Arkas na pierwszej przerwie, dzięki temu objął prowadzenie (8:5). W dalszej części tej partii podopieczni Glenna Hoag’a kontynuowali swoją dobrą grę. Ręki w ataku nie zwalniał ani Schmitt, ani John Gordon Perrin (16:11). Kiedy wydawało się, że zespół z Turcji pewnie zmierza do wygranej, gospodarze zaczęli odrabiać straty. Dzięki dobrej obronie w polu i skutecznej zagrywce Łukasz Wiśniewskiego zniwelowali stratę punktową do jednego oczka (20:21). Końcówka tego seta była bardzo zacięta. Ostatecznie o dwa punkty lepsi okazali się kędzierzynianie. Najpierw skutecznie z lewego skrzydła zaatakował Loh, a chwilę później Wiśniewski zatrzymał blokiem Perrina (27:25).
Kolejną partię otworzył as serwisowy Kooy’a (1:0). Drużyna Arkasu Izmir już na początku miała dość spore problemy ze skutecznym atakiem (0:3). W tej sytuacji szkoleniowiec zespołu gości zdecydował się wprowadzić na boisko Leonela B. Marsahalla i Gökhana Gökgöza. Sebastian Świderski również dokonał jednej zmiany – miejsce Van Dijka zajął Witczak. Na pierwszej pauzie ZAKSA wyszła na czteropunktowe prowadzenie (8:4). Siatkarze z Turcji starali się odrobić straty. Przed drugą przerwą techniczną tracili do kędzierzynian trzy oczka (13:16). Chwilę przed pauzą Marshall zaserwował piłkę w połowę siatki. Polska drużyna do końca utrzymała koncentrację i wygrała tego seta do 17, a cały mecz 3:0. Ostatni punkt na wagę zwycięstwa zdobył z prawego skrzydła Witczak.
ZAKSA Kędzierzyn-Koźle: Nimir Abdel-Aziz, Krzysztof Rejno, Lukas Loh, Łukasz Wiśniewski, Dick Kooy, Kay Van Dijk, Korneliusz Banach (L) oraz Michał Ruciak, Dominik Witczak;
Arkas Izmir: Mustafa Ramazanoglu, John Gordon Perrin, Kevin Tille, Hakki Capkinoglu, Mustafa Koc, Gavin Schmitt, Hasan Yesilbudak (L) oraz Leonel B. Marshall;

CEV: Wspaniała atmosfera w hali Azoty Arena

clip_image001

Chemik Police odniósł wspaniałe zwycięstwo nad Dynamem Kazań 3:1 w czwartej kolejce rozgrywek Ligi Mistrzyń. Rywalki wygrały poprzednią edycję.

– W przerwie po pierwszym secie pokazałem moim zawodniczkom tablicę wyników, przypomniałem o błędach jakie popełniły, bo to właśnie własne błędy spowodowały przewagę gości – mówił po meczu trener Giuseppe Cuccarini. – W drugim secie poprawiliśmy zagrywkę, wyraźnie skuteczniej zagraliśmy w przyjęciu i w efekcie mecz potoczył się dalej korzystanie dla nas. Dziękuję swoim zawodniczkom za zaangażowanie, za walkę i wspaniałą grę. Dziękuję publiczności, która wspaniale dodawała nam odwagi i sił – dodał trener.
Atmosfera w hali Azoty Arena była wyjątkowa. Podkreślali do także goście.
– Kibice bardzo dobrze wspierali swoją drużynę, stworzyli jej warunki do zwycięstwa – mówiła po meczu kapitan Dinama Kazań, Maria Borodakowa. – Praca sędziów i błędy spowodowały, że straciłyśmy koncentrację i to jest przyczyna naszej porażki.
Dzianis Matwiejew, asystent trenera Dynama Kazań porażkę swojej drużyny uzasadniał także wspaniałą atmosferą, którą stworzyli kibice oraz bardzo dobrą grą Chemika Police.
– Dekoncentracja zawodniczek, to jednak pierwsza przyczyna przegranego meczu. Błędy popełnione przez nas były także wynikiem dobrej gry Chemika. To bardzo dobry zespół, który stać na grę w Final Four – stwierdził.